środa, 17 stycznia 2024

Kamiński z Wąsikiem. Albo odwrotnie.

Mario! Mario! — niespokojnym tonem odezwał się Maciej. — Słyszałeś? Ktoś puka.
Mariusz, nerwowo szukający czegoś w stertach papierów, podniósł rozbiegany wzrok.
Puka? — Omiótł spojrzeniem drzwi. Potem cały gabinet.
Mieli go nie opuszczać pod żadnym pozorem. Przynajmniej do powrotu Andrzeja. A najlepiej w ogóle udawać, że ich nie ma.
Mariusz wrócił do szukania.
Gdzieś tu muszą być te ułaskawienia in blanco... — mamrotał, przesuwając palcem po grzbietach segregatorów.
Czego tam nie było! Starannie wykaligrafowane tytuły głosiły: "Moje weta", "Maile Dworczyka", "Afery różne", "Handlarz bronią", "leśne_ruchadło".
Ani śladu ułaskawień.
Tymczasem pukanie powtórzyło się.
Maciej zerknął w kierunku drzwi.
Zamawiałeś coś? — zapytał Mariusz szeptem.
Ja? — Maciej przestępował z nogi na nogę.
Maciek, do cholery!
Nooo... Siedzimy tu od rana o suchym pysku. Zgłodniałem od tego nominowania doradców — przyznał się.
Mariusz złowieszczo błysnął oczyma znad okularów. Zaraz potem westchnął z rezygnacją.
No i weź tu się z takim ukrywaj... — wymamrotał pod nosem.
Pukanie, teraz bardziej natarczywe, rozległo się ponownie.
Maciej podszedł do drzwi, jakby stąpał po kruchym lodzie. Może zresztą w istocie tak było.
Kto tam? — zapiszczał bojaźliwym dyszkantem.
Drzwi do gabinetu były solidnie wygłuszone.
Kto? — dopytywał — że z pyszne? Grochówka?
Ale stłumiona odpowiedź nadal była niezrozumiała.
Maciej, bardziej z głodu, niż w przypływie odwagi, sięgnął do zamka.
Ledwie przekręcił klucz – drzwi otworzyły się gwałtownie!
Dwóch drabów wkroczyło do gabinetu. Machnęli blachami.
Purpurowy zwykle na twarzy Maciej pobladł jak papier kancelaryjny.
Z pyszne...? — wyskrzeczał.
Nie "z pyszne", tylko "z pyszna" — chropawym głosem odezwał się pierwszy z gości. — Z pyszna, to się będziecie zaraz mieli.
I nie grochówka, tylko Grochów — dodał drugi. — Konkretnie areszt na Grochowie. Dostawę mamy.
Dwa ciacha! — dorzucił ten z chropawym głosem.
Po czym, już zupełnie poważnie, by procedurze stało stało się zadość, przedstawił się:
Komenda Rejonowa Praga-Południe. Aspirant — tu zrobił teatralną pauzę — Kozakiewicz.
Mariusz skamieniał.
Maciejowi nie drgnął nawet wąsik.
Przez zaciśnięte gardło zdołał wychrypieć tylko:
Mariusz! Zrób coś, no... Pokaż im!
I Mariusz pokazał.
Ogromnego wała!
Zaraz potem rozległ się trzask.
Aż dziwne, że wystarczyło łańcuszka w kajdankach...