piątek, 11 lutego 2011

Leżę, leżę...

Grzmotnęło mnie solidnie!
Już nie pamiętam kiedy ostatnio z taką organiczną radością, moje obolałe ciało, cieszyło się pieszczotliwym dotykiem kołdry, czy wtuleniem głowy w chłodną poduszkę.
Grypa? Nie grypa? Diabli nadali to i diabli wiedzą.
W każdym razie gorączka powodująca dreszcze, ból wszystkiego, dosłownie każdego kawałka mnie i potworny kaszel, który uświadamia mi istnienie mięśni oddechowych, doprowadzając je do stanu skurczu trwałego.
Nie było rady. Do specjalisty!
Doktor osłuchał, zajrzał, wypytał i zapisał.
Naszą, pacjentów rzeczą, chorować, doktora - leczyć.
Lekarstwa wykupione, zażyte. No więc leżę.
Wracam wspomnieniem do dzieciństwa, kiedy wybawiony od obowiązku szkolnego "obijałem się" w łóżku w dzień powszedni. Obijanie było często urozmaicane dziabnięciami w tyłek, no, ale coś za coś. Ulubionym antybiotykiem rejonowej pani doktor było Penicilinum. Biała zawiesina, podawana domięśniowo. Brr!

No ale teraz leżę, już jako całkiem dorosły i nic mnie nie dziabie! Toż dopiero luksusy!
Leżenie działa tak:
Jeżeli na jednym boku robi się jakoś nie tak, to przewalam się na drugi, odnajdując pozycję, która przynosi ulgę. I to jest ten magiczny moment, ta jedyna w swoim rodzaju chwila, jak dotyk absolutu, kiedy robi się błogo! Owszem - po jakimś czasie znów coś uwiera, gniecie, znów trzeba szukać lepszego usytuowania ciała, ale dzięki temu znowu ma się szansę na przeżycie tego cudownego momentu ulgi.
Dodając do tego fantasmagoryczne poczucie przenikania ze stanu jawy w stan snu, zacieranie granic między świadomością, która pozwala poświęcać przerzucanym w TiVi kanałom stosowną porcję uwagi, a niebytem, gdzie dźwięki robią się spowolnione i waciane, a czas przestaje płynąć, zamieniając się w nieprzewidywalną plazmę, robi się już zupełnie znośnie. Zamyka się oko... Otwiera... Pół godziny! Choć zdawało się, że ledwie parę sekund. Albo na odwrót. Z tym, że nie na pewno.

Rozrywki?
No... Można mierzyć temperaturę. Oczywiście zakazanym, nieunijnym, rtęciowym termometrem. Odczyty elektronicznego, cyfrowego badziewia można sobie wsadzić. Wiadomo gdzie. Znajomy, chłodny dotyk rureczki z rtęcią i dziesięć minut z takim atrybutem pod pachą mija na rozmyślaniach o niczym. Czasem tylko ginie pudełeczko, które przecież dopiero przed chwilą odłożyło się na kocyk tak, by właśnie nie zginęło. I nagle okazuje się, że ta dłuższa część jest, a krótszą diabli wzięli. Maca się wokół, miętoli kołdrę, unosi kocyk, sprawdza te same miejsca - nie ma!
Niestety - trzeba się podnieść i znaleźć. A to wymaga odłożenia laptopa, koniec pisania, rezygnację z umoszczenia i w ogóle...
Ech!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz