piątek, 3 lutego 2012

Musę zębami!

Kończyła się pora obiadowa, nieliczni maruderzy ustępowali miejsca tym, którzy jako pierwsi skończyli konsumować i teraz, z napełnionymi brzuszkami, mieli ochotę zmienić przeznaczenie jadalni, wykorzystując tę uniwersalną przestrzeń jako świetlicę.
Natalka skończyła właśnie drugie danie i zabrała się do zupy. Tak, do zupy, bo tę wydawano tu po drugim daniu. Co kraj - to obyczaj.

Przy jednym ze stolików, właściwie jedynym takim, bo w przeciwieństwie do pozostałych, zdecydowanie niższym i sześciokątnym, toczyła się rozmowa.

Ot, dziecięce przekomarzanie, kto lepiej buduje z klocków, czy to jest wieża, czy też most, i czy pistolety z klocków mogą strzelać.
Stuk, puk, pac...!
Kilka klocków spadło ze stolika na podłogę. Zaszurały odsuwane krzesełka.
- Daj, podniosę ci - powiedział ten większy, który siedział bliżej.
- Ale jak? Psecies nie mas rącek - odparł drugi.
- No to co, ale ci podniosę.
To mówiąc, sięgnął po rozsypane klocki prawą stopą i z niezwykłą lekkością i wprawą poukładał je na blacie, zostawiając sobie parę sztuk na podłodze.
Następnie, korzystając z dodatkowego budulca, wrócił do rozpoczętej budowy.
Lewa stopa przytrzymywała gotowy element, a prawa dołączała kolejne klocki.
Mniejszy, budując swoją konstrukcję zębami i wargami, po dokonaniu odkrycia, że kolega ma taką nietuzinkową cechę, która w zasadzie nie odróżnia go od innych, komplikuje tylko trochę zabawę klockami, był żądny dalszych informacji.
- A po co nie mas rącek?
Większy, widać ćwiczył takie dialogi nie raz, odparł:
- No bo nie mam.
Mały nie dawał za wygraną.
- Ale dlacego? Ucięli ci?
Większy nabrał powietrza...
- Nie, po prostu mi nie urosły. Taki się już urodziłem.
Mały wyraźnie nad czymś się zastanawiał. No tak.
- A psysyją ci nowe?
- Może - większy zakręcił czymś, co kotłowało się pod koszulką na ramiączkach, a co trudno było określić. - Zobaczymy.
Teraz on przeszedł do fazy pozyskiwania informacji.
- A ty? Czemu budujesz zębami? Przecież masz rączki.
- No mam. Ale niesplawne. O zobac!
To mówiąc, mały lekko uniósł i położył na blacie obie dłonie, a właściwie coś, co dłonie przypominało.
Sopelkowate, jakby pozbawione kostek paluszki, dość losowej długości, cicho plasnęły o stolik.
- I nie możesz nimi nic trzymać? - Dopytywał większy.
- No nie. Musę zębami, widzis?
Większy popatrzył w uznaniem. Może nawet poczuł konkurencję. Na wszelki wypadek dodał:
- Ale ja mam jedną nogę mniej sprawną. I krótszą. – To mówiąc błyskawicznie wstał i zaprezentował około 15 centymetrową różnicę.
Faktycznie. Lewa była krótsza. I jakby w ogóle mniejsza.

Natalia oderwała wzrok od sześciokątnego stolika.
- Dobra ta zupa – powiedziała przechylając talerz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz