czwartek, 3 listopada 2016

Najgorszy jest wiatr

W poczekalni, jak to w poczekalni.
Standardowe, zdawkowe rozmowy. Pytania: Kto ostatni? Kto do pobrania, kto do internisty.
W konkury z ciszą idą kaszlnięcia, charknięcia, pociągania nosem i czym tam kto może pociągać. Oprócz aparycji.
Nawet "Bitwa pod Grunwaldem", w mało eleganckiej antyramie, ciągle ta sama. Może tylko ciut bardziej pożółkła od ostatniego razu.
Widać dawno mnie nie było.
No i pewnie to ten bitewny zgiełk spowodował, że spod obrazu posypało się trochę tynku...
Ciekawe co powiedziałby mistrz Matejko na taki obrót sprawy?
Alegoria jakaś? Bitwa pod NFZet-em?
Z zakonem nie ma żartów.
Może nie przypadkiem służba zdrowia używa krzyża. I białych płaszczy. To jest - fartuchów.
Tylko skąd wziąć te cholerne dwa nagie miecze?

 
Przez dyktowe drzwi gabinetu słychać było, że facet z czwórką sposobi się do wyjścia.
Klap! Klap!
Pieczątka.
Charakterystyczny klekot oznajmia, że to już długo nie potrwa.
Swoją drogą - nie ma to jak intymność w czasie wizyty!
Zerknąłem na czerwony plastik wielkości karty kredytowej z krzywo naklejoną piątką pośrodku.
Trzeba się przygotować.
Za pomocą gwałtownego ataku kaszlu na żądanie, podkręciłem błonę śluzową gardła. Jak ma być czerwone - to porządnie.
Efekt uboczny, ale jak najbardziej pożądany, to przekrwione oczy i pełen nos.
Gardło trochę szczypie, ale coś za coś... Bukiet objawów gotowy.
 
Doktor ma taki zwyczaj, że prosi dwóch kolejnych pacjentów z kolejki.
Pewnie na wypadek, gdyby ten pierwszy nie doczekał... Jasne! Lepiej zapobiegać.
Gość z czwórką wyszedł z gabinetu, nieskładnie wymawiając moje nazwisko. Zaraz też dodał: lub pan jakiś tam.
Ot i alternatywa!

Pan jakiś tam, mimo zaawansowanego wieku poderwał się, niczym eskadra spitfajerów w bitwie o Anglię.
Cwaniak, zajmował miejsce tuż przy drzwiach, więc wszurał przede mną.
Wykonuję taktyczny doskok i uniemożliwiam mu próbę gorliwego zamknięcia drzwi.
- Jaki pan ma numerek? - pytam, dokładnie wiedząc. Rozpoznanie na wojnie to duży atut.
Pan jakiś tam spojrzał na mnie wzrokiem zdolnym powalić byka.
Ustałem.
- No, ja... tego... sześć - wysyczał.
- A ja pięć. Dziękuję bardzo.
Spitfajer niepysznie wykonał fachowe zajście, wysunął podwozie i miękko wylądował. Pokołował na jeszcze ciepły fotelik.
 
- Dzień dobry, doktorze - wycedziłem przez zatkany nos.
Intonacja, brzmienie, ciężki oddech.
Mam talent! Trzy razy tak!
Diagnoza stała się formalnością.
Doktor odwzajemnił powitanie, gestem zapraszając mnie, bym usiadł.
- Co się dzieje? - spytał rutynowo.
- Źle się czuję - poinformowałem jakże precyzyjnie, namierzając jednocześnie właściwe siedzisko.
Usiadłem, oczywiście na tym dalszym krześle, bo doktor znany jest z tego, że "nie chce się zarazić".
Obeznany jestem, a co!
Ale czynności rutynowe muszą się odbyć. Chorego trzeba zbadać.
- Proszę otworzyć usta!
Latarka kalibru długopisu, dotyk drewnianej szpatułki. Fachowe spojrzenie.
- Ooo, proszę pana, ma pan zapalenie gardła. To trzeba wyleczyć.
Poważnie? Powodzenia! Moje drugie imię to: "zapalenie gardła".
I co jeszcze? Dolega mi coś, o czym nie wiem?
- Przeziębił się pan? - ciągnął swoje konował.
- No, chyba tak - zachrypiałem z rezygnacją.
- Gdzie się pan tak przeziębił?
Za pomocą kilku wprawnych zdań naszkicowałem opis nieludzkich warunków pracy, przy których sowieckie łagry to niewinna igraszka nieudacznika Stalina. Sugestywna relacja z przeprowadzki firmy spowodowała, że lekarz sam poczuł się zmęczony i widać było, że walczy z pokusą rozmasowania swych obolałych ramion.
- No widzi pan - gadał, bo coś przecież musiał gadać - trzeba wyleczyć.
Powtarzasz się koleś...
Pomyślałem, że skoro to takie ważne GDZIE się pacjent przeziębił, dołożę do pieca:
- A wczoraj jeszcze te groby - zarzuciłem wędkę - wie pan, zimno, wiatr, zmiany temperatury.
Jest branie!
- A no właśnie, właśnie - wyraźnie zatroskał się medyk - to pana dobiło.
Aż się prosiło, by dorzuć: Najgorszy jest wiatr...
Potem było jak zawsze.
Koszulka do góry. Oddychać głęboko. Zimny dotyk słuchawki na plecach i klatce piersiowej.
Jak zawsze: "płuca ma pan czyste".
Jak zawsze: pytania o temperaturę, katar i kaszel.
Barwna i uwiarygodniona wartościami iluzorycznej temperatury narracja oraz zwięzła definicja rodzaju kaszlu, wraz z krótką prezentacją - dopełniły obrazu sytuacji.
Doktor poszarzał, oczyma wyobraźni widząc zapewne hordy zjadliwych bakcyli, wydostających się ze skażonej czeluści moich dróg oddechowych.
- Proszę siadać - rzekł sucho.
Dobywszy długopisu począł zamaszyście szkrobać jakieś hieroglify po drogocennych NFZ-owskich drukach.
Pełen skupienia, niczym egipski kapłan zaklęcia, mamrotał jakieś farmaceutyczne nazwy, zapewne zastanawiając się, który koncern ma lepszą ofertę "szkoleń" pod palmami. I przy której katarakcie Nilu.
Spoglądał w kalendarz, liczył coś, wreszcie zatroskany przeniósł wzrok na mnie. Przez moment miałem wrażenie, że nabierze powietrza i obwieści, kiedy gniewni bogowie ześlą zaćmienie słońca.
Ale nic z tych rzeczy.
- Zapisałem bio-coś tam doustnie i bu-inne coś tam do nosa. I prawoślaz. Syrop taki.
- A wiem. Mam prawoślaz i nawet lubię - wtrąciłem zaangażowany, bo przecież obu nam zależy, żebym był zdrów jak ryba.
Za cholerę nie wiem jak smakuje prawoślaz!
- No to nawet nie piszę, bo pan ma.
Jasne. Syropu nie pisz.
Pisz zwolnienie!
- To chyba wszystko - zagaił doktor - piszę panu zwolnienie do wtorku...
Yes! Yes! Yes!
Tak gładko? A ja tu miałem jeszcze tyle medycznych cymesów... Szkoda.
- Eee... właśnie, panie doktorze, jest jeszcze parę spraw - kiedy, jak nie teraz zacząć budować legendę - powiedziałbym, towarzyszących.
- Co się dzieje? - pociągnął z żelaznego repertuaru lekarz.
- Bo widzi pan, już jakiś czas temu skończyłem czterdziestkę i czuję, że parę rzeczy się sypie.
Medyk ściągnął brwi i wbił we mnie pytający wzrok.
Poczułem, że to jest dobry moment.
Poczęstowałem go krótkim resume na temat bieżących dolegliwości. A to kręgosłup, a to kolano. Ogólnie - boli. I że przydałby się taki swoisty bilans dyplomowanego czterdziestolatka. Że ogólnie chciałbym "na kanał". Że czas na przegląd.
- I boli?
- Boli, rozpiera, promieniuje. I w ogóle męskie sprawy też wypadałoby sprawdzić... Czuję, że coś tam się dzieje.
Doktor, tyle przytomnie, co zaskakująco zapytał:
- I co pan z tym zrobił?
Równie przytomnie odpowiedziałem:
- Właśnie panu o tym powiedziałem.
Po krótkiej pauzie, która zapewne wystarczyła, by oszacować, ile cennych kontraktów ten uparty pacjent zmarnuje na swoje dolegliwości, medyk odparł:
- No to jak pan wyleczy gardło, przyjdzie pan i zrobię panu diagnostykę.
- Znaczy prześwietlenie? I takie tam?
- No tak! Ale musi pan wyzdrowieć - mentorskim tonem roztaczał wizje przyszłości. - Gdzie pan będzie chodził w takim stanie, zarażał siebie i innych!
Ludzki doktor!
Skwapliwie przyznając rację, zastanawiałem się jak, do cholery, zarazić siebie?
- Czyli we wtorek pokazać się do kontroli? - upewniłem się.
- Koniecznie - powiedział z takim przekonaniem, że poczułem się jakiś mniej zdrowy.
 
Wychodząc z gabinetu zostałem niemal staranowany przez faceta z szóstką. Szarży nie powstydziłby się pułk ułanów.
Ocalił mnie zręczny unik.
Od początku wiedziałem, że on tam będzie!
Nie ma to jak rozpoznanie.
 
Odbierając zwolnienie w rejestracji, poczułem, że coś mnie drapie w gardle.
Najgorszy jest wiatr...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz