W kościele byłem.
Z córką.
No więc w czwartek - Msza Wieczerzy Pańskiej.
Umywanie
nóg, ogołocenie ołtarza, przeniesienie Najświętszego Sakramentu do
ciemnicy, brak muzyki organowej, tylko a-capella i kołatki. Klekot wydają dojmujący taki. Inaczej jest. Choćby z tego powodu, poznawczo, warto!
W piątek - wiadomo - Liturgia Wielkiego Piątku (bo mszy nie ma, ale mszy w sensie przeistoczenia).
A żeby wszystko było jak trzeba - bo w końcu piątek - to jeszcze Droga Krzyżowa. Ostatnia w tym roku.
No więc w drogę!
A droga taka sobie. Bardzo przenośna.
Jeśli
ciało Zbawiciela z krzyża zdjęte, to znaczy, że Ciało Boże wędruje w
ludzkie ręce. A to już przecież symboliczna komunia. No takie tam...
Potem zaczęło się.
Cisza. Milczenie. Wprowadzenie krzyża z zasłoniętym
Chrystusem. Potem proboszcz leżący krzyżem. Normalnie twarzą do
posadzki! Podeszwami do góry!
Ja to pierwszy raz na żywo widziałem! I z bliska.
Żelaznym
punktem liturgii Wielkiego Piątku jest Męka Pańska. W tym wypadku to
Ewangelia Św. Jana. Jan - wiadomo - łatwy nie jest. Pokręcony w sensie
stylistycznym i treściowym. Ale też mocny. Idzie do głowy.
A! Ważne!
Jest
chór. Jakoś tak się okazało, że to jest parafialny chór. I nawet daje
radę. Polifonia, echo, zestrojone to nieźle. No fajne. Ale nie myślałem,
że to będzie AŻ TAKA pasja. Całość, dokładnie całość, została prześpiewana. Z zachowaniem podziału, jak w oryginale, na
ewangelistę, Jezusa, poszczególne osoby, tłum (czyli tutaj chór). Różnie
to szło. Jednym lepiej, innym gorzej. Momentami groteskowo (ucho do
dźwięków mam, posądzam się przynajmniej); były i głębokie barytony i kozie beki. Czyste alty i gospodarskie zawodzenie. Mieszane uczucia miałem przy chóralnym: "Ukrzyżuj Go!",
ale myślę - sztuka, panie... Się nie ma co czepiać.Czy czegoś było zbyt
wiele? Może...
Czy czegoś mi brakowało?
Brakowało mi grozy!
Brakowało
mi drastycznego przekazu. O politycznym sądzie nad niewinnym
człowiekiem. O Piłacie, który budzi za każdym razem mieszane uczucia, o
Golgocie, o losach, o INRI... Ja tego po prostu nie wyławiałem. Z tych
wszystkich poprzeciąganych samogłosek, w tym dośpiewywanym, e-o-a...
u-uu-u-uu.
Ale działo się. Działo, szło do przodu.
Doszliśmy do końca.
Złożyliśmy ciało Jezusa. W grobie Józefa z Arymatei. Wraz, jak chce Jan, z "setką funtów pachnideł". Tyle teoria.
Ale
przecież istotnym elementem, najistotniejszym właściwie, tego
nabożeństwa, jest fizyczne przeniesienie Hostii do Grobu Pańskiego.
Ło panie! Ale to gdzie tam jeszcze...
Konferansjer,
w postaci jakiegoś kleryka, zapowiedział, że ksiądz będzie wygłaszał
kolektę. Miałem sprawdzić, cóż znaczy ten termin, ale jakoś
zapomniałem. Kto chce, niech tak uczyni.
Z obserwacji wynika, że
była to rozwlekła (ale wcale taka być nie musi przecież!) modlitwa.
Takie: "wysłuchaj nas Panie", tylko że na maksa roz-ciąąąąg-nięęęęęte w
jednostce czasu.
I tu pojawił się u mnie pierwszy poważny kryzys.
Zresztą
u córki też. Ze mieszaniną zgrozy i desperacji obserwowaliśmy jak
ministrant zmienia strony w jakiejś świętej księdze, a ksiądz,
przeciągając samogłoski, wprowadzając nieprzyzwoite pauzy, prosił Pana Boga
o... wszystko! Praktycznie wszystko. Nawet o wiarę dla niewiernych
[sic!], o otwarcie więzień (czemu żywo w myślach i mowie
zaprotestowałem) oraz o wiele innych rzeczy.
Kiedy już wydawało się nam, że to się nigdy nie skończy - chór wyrwał nas z letargu.
To
był moment przełomu. Jak to później powiedziała córka - stało obok
mnie jej ciało. Ale nie duch. Ten się, skubaniec, gdzieś ulotnił -
kompletnie niesubordynowany.
Później skonstatowałem, że był to moment podwójnego kryzysu. Doliczając córkę.
Ona w tym czasie rozmyślała o Bruce Wszechmogącym (jak to, cholera napisać? O Brusie?).
Zresztą
podejrzewam, że mógł to być moment kryzysu kompletnie zbiorowego,
licznego, a nawet powszechnego. Ale tego się już nigdy nie dowiemy.
W
każdym razie, miałem wrażenie, że ciżba jest zaangażowana pozornie, że
raczej synchronizowana odliczaniem do końca nabożeństwa (takim
uświęconym Finale Countdown), niż zapalczywą potrzebą sprawowania
powinności chrześcijańskiej.
Ja też, mniej więcej od wtedy, już odliczałem. Przyznaję się, choć z ciężką duszą.
Źle tak...
Bo po co tam wchodzić, jak się chce wyjść? I to przed czasem?
No, ale skoro minęło półtorej godziny odkąd weszliśmy - a do końca jeszcze daleko - to w końcu ciało wzięło górę nad duchem.
To tak, jakby blisko dwie godzinki spędzić w lodówce.
Kościół
nie lodówka! Ogrzewanie niby jest. Ale tylko potencjalne. Może kasy
szkoda, ale niewłączone, więc jakoś ciepła nie daje. Nie grzeje.
Ani ciała, ani ducha.
Ostatecznie ledwie parę stopni powyżej zera robi swoje.
Później konferansjer (choć zapewne jest jakiś wymyślny termin na tę
postać dramatu; ja go nie znam i dlatego pozostanę przy trywialnym
konferansjerze) zapowiedział, że teraz, zasłonięte od dwóch tygodni
krzyże, zostaną odsłonięte. Że kapłan po trzykroć będzie intonował "oto
jest drzewo krzyża..." odsłaniając kolejne fragmenty.
I tak też się stało!
Mnie
dopadła jakaś myślowa głupawka, ni stąd - ni zowąd, kiedy po pierwszej
inwokacji, ksiądz odsłonił rękę (Pana Jezusa). Po kolejnej - do pasa. I
dopiero za trzecim razem fioletowa plandeczka została zdjęta całkowicie i
stuprocentowo.
Raz-dwa-trzy!
Boh trojcu ljubit!
Znowu lektor (Lektor!! Jakoś samo się tak napisało! No jasne, że lektor! Bardziej na miejscu...). Znowu zapowiedź.
Teraz będzie adoracja.
Ale taka zorganizowana. Nie byle adoracja, tylko konkretna, z podziałem na fazy i w ogóle.
Rzecz miała się tak:
Na
środku, przed częścią prezbiterialną ustawili się ministranci (jak się
ich ładnie określa: Liturgiczna Służba Ołtarza). Jeden ujął krucyfiks ze
świeżo odsłoniętym Ukrzyżowanym. Krucyfiks spory. Taki koło metra.
Trzymał go ów służbista uchwytem, mniej więcej, wiolonczelowym. Drugi
ministrant obsługiwał chusteczkę (szmatkę?). Trzeci - tacę. Konkretnie
koszyk.
I wówczas wszyscy obecni, jak napędzani, ale i
zsynchronizowani jakąś niewidzialną, porządkującą bieg wydarzeń siłą,
podchodzili i całowali okolice przebitych stóp Zbawiciela. Zasadniczo - jak się zorientowałem - celem był gwoździk w jezusowych stopach, ale wektorów ruchu było dużo i nie zawsze się trafiało.
Wyglądało
to tyle frapująco, co nużąco w swej powtarzalności. Transeptem (to
główny ciąg komunikacyjny świątyni) szurała niekończąca się kolejka
wiernych. Przy samej figurze przyklęknięcie, względnie pochylenie (kto
co może), cmok-buziaczek, powstań! Datek wrzuć! W lewo zwrot. I na miejsce.
Tu
cykl się zapętlał. Oczywiście po "cmok", kolega ministrant dokonywał
przetarcia stópek chusteczką. Wiadomo - higiena!
Przecierał stópki figury.
Nie adorującego.
Nie wiem czemu, nie wiem jak, nie wiem z jakiego powodu (czy wydało mi
się to obrzydliwe, czy jakieś takie perwersyjnie ekshibicjonistyczne),
ale w tym momencie miałem dość. Dość tego obrządku, tych praktyk. Tego
bardzo fizycznego wymiaru.
Owszem - podeszliśmy z córką.
Pochyliliśmy głowy, wrzuciliśmy monetki (tacę zmieniali po trzykroć, się
przepełniała normalnie...).
A potem długo, długo, naprawdę
długo, płynęła rzeka wiernych. W pewnej chwili miałem wrażenie, że
niektórzy "stoją po dwa razy". Niemożliwe przecież! Widać wydawało mi
się.
Wreszcie koniec tej części.
Lud boży poszurał
na swoje miejsca, filary znów zostały solidnie podparte nieszczęśnikami,
którzy nie załapali się na siedzące miejsca w ławach. Gdzie kto może,
gdzie kto przycupnie!
Ale już! Już cichną pokasływania, rozmowy,
zapanowuje spokój należny świątyni i oczekiwany w tym miejscu. Co tu
tłumaczyć? Ktoś, kto bywa, wie, jak jest między kolejnymi częściami
nabożeństwa. Chwila chaosu, rozproszenia ducha, by potem znów wszystko
zagrało unisono.
I co dalej?
Dalej komunia!
Panie, nie jestem godzien, ale powiedz tylko słowo...
Trójka księży schodzi po kilku stopniach, by stanąć z komunikantami mniej więcej tam, gdzie przed chwilą zakończyła się adoracja.
Tłum
znów faluje, znów formuje się "łeb", znów szuranie, zamęt. Pamiętam, że
na licznych mszach, kiedy jeszcze wiernych bywało mrowie, księża
udzielali komunii idąc, uformowanym przez oczekujących, szpalerem. Po obu
jego stronach. Jeden po jednej stronie. Drugi po drugiej. Dlaczego z tego
zrezygnowano? Nie wiem.
Ale to wszystko wydłuża czas. Czas -
którego nie spędza się na modlitwie, na wchłanianiu Bożego Słowa. Czas -
w pewnym sensie - spędzony w kolejce. Albo tylko obok - jeśliś
niegodzien by przystąpić do Pańskiego stołu.
Frustrujące deja-vu!
Przecież dopiero co tłumek, adorując, mieszał się różnobarwnymi wirami w wąskiej gardzieli... Teraz to samo.
Dawno
mija druga godzina w zimnym kościele, w skądinąd niewygodnej ławce (ale
nie ma co narzekać, są tacy co na stojaka odbywają tę jazdę, nie
szczędząc na kulasach...).
Jest po komunii.
Kolejna zapowiedź.
Będzie przeniesienie Sakramentu do Grobu.
Kadzidło!
Lubię, choć uważam, że gdyby jakiś dobroczyńca-ministrant wziął na
siebie dosypanie łyżeczki zielska, "zioła" znaczy - msze byłby bardziej
żwawe. A łaska pańska z nim.
Zatem kadzidło w ruch!
Hałas kołatek, świece! Ogień! Dym!
Jest inaczej. Tak bardzo inaczej, niż zwykle w kościele!
Hostia w monstrancji, kondukt, pochylone głowy. Powaga. Wszak to przecież pogrzeb! Po egzekucji.
Któryś za nas cierpiał rany...
Śpiewa się dużo. I smutno. Trochę chór, trochę wierni. Wierni słabiej.
Potem
jeszcze coś. Błogosławieństwo? Naprawdę byłem już wyłączony. W stopniu,
do którego wstyd się przyznać. Znak krzyża! Ten zawsze krzepi. Jak
wańkowiczowski cukier. Może nawet bardziej. W każdym razie: ja lubię!
I Znak. I cukier!
Potem proza. Tym zawsze potrafią spieprzyć dramat. Jak mawia młodzież, odpowiedzialna za językową ewolucję - epicko!
Ogłoszenia. Że przecież w sobotę święcenie pokarmów, a potem najważniejsza (wierzę na słowo) msza roku.
Liturgia Ognia i Wody. Oraz odnowienie Chrztu Świętego.
Córka tylko spojrzała na mnie i nie musiała mówić: beze mnie.
Wyszliśmy po dwóch i pół godzinie.
Przemarznięci. Ścierpnięci.
Z wrażeniem, że COŚ jest nie tak.
Z tym tu. Na ziemi.
Ale na wysokości?
Chwała Bogu!
I tak niech zostanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz