piątek, 27 grudnia 2019

Wielki Piątek

W kościele byłem.
Z córką.


No więc w czwartek - Msza Wieczerzy Pańskiej.
Umywanie nóg, ogołocenie ołtarza, przeniesienie Najświętszego Sakramentu do ciemnicy, brak muzyki organowej, tylko a-capella i kołatki. Klekot wydają dojmujący
taki. Inaczej jest. Choćby z tego powodu, poznawczo, warto!
W piątek - wiadomo - Liturgia Wielkiego Piątku (bo mszy nie ma, ale mszy w sensie przeistoczenia).
A żeby wszystko było jak trzeba - bo w końcu piątek - to jeszcze Droga Krzyżowa. Ostatnia w tym roku.

No więc w drogę!
A droga taka sobie. Bardzo przenośna.
Jeśli ciało Zbawiciela z krzyża zdjęte, to znaczy, że Ciało Boże wędruje w ludzkie ręce. A to już przecież symboliczna komunia. No takie tam... Potem zaczęło się. 
Cisza. Milczenie. Wprowadzenie krzyża z zasłoniętym Chrystusem. Potem proboszcz leżący krzyżem. Normalnie twarzą do posadzki! Podeszwami do góry!
Ja to pierwszy raz na żywo widziałem! I z bliska.


Żelaznym punktem liturgii Wielkiego Piątku jest Męka Pańska. W tym wypadku to Ewangelia Św. Jana. Jan - wiadomo - łatwy nie jest. Pokręcony w sensie stylistycznym i treściowym. Ale też mocny. Idzie do głowy.
 
A! Ważne!

Jest chór. Jakoś tak się okazało, że to jest parafialny chór. I nawet daje radę. Polifonia, echo, zestrojone to nieźle. No fajne. Ale nie myślałem, że to będzie AŻ TAKA pasja. Całość, dokładnie całość, została prześpiewana. Z zachowaniem podziału, jak w oryginale, na ewangelistę, Jezusa, poszczególne osoby, tłum (czyli tutaj chór). Różnie to szło. Jednym lepiej, innym gorzej. Momentami groteskowo (ucho do dźwięków mam, posądzam się przynajmniej); były i głębokie barytony i kozie beki. Czyste alty i gospodarskie zawodzenie. Mieszane uczucia miałem przy chóralnym: "Ukrzyżuj Go!", ale myślę - sztuka, panie... Się nie ma co czepiać.Czy czegoś było zbyt wiele? Może... 
Czy czegoś mi brakowało?
Brakowało mi grozy!
Brakowało mi drastycznego przekazu. O politycznym sądzie nad niewinnym człowiekiem. O Piłacie, który budzi za każdym razem mieszane uczucia, o Golgocie, o losach, o INRI... Ja tego po prostu nie wyławiałem. Z tych wszystkich poprzeciąganych samogłosek, w tym dośpiewywanym, e-o-a... u-uu-u-uu. 
Ale działo się. Działo, szło do przodu.
Doszliśmy do końca.

Złożyliśmy ciało Jezusa. W grobie Józefa z Arymatei. Wraz, jak chce Jan, z "setką funtów pachnideł". Tyle teoria.

Ale przecież istotnym elementem, najistotniejszym właściwie, tego nabożeństwa, jest fizyczne przeniesienie Hostii do Grobu Pańskiego. 
Ło panie! Ale to gdzie tam jeszcze...
Konferansjer, w postaci jakiegoś kleryka, zapowiedział, że ksiądz będzie wygłaszał kolektę. Miałem sprawdzić, cóż znaczy ten termin, ale jakoś zapomniałem. Kto chce, niech tak uczyni.
Z obserwacji wynika, że była to rozwlekła (ale wcale taka być nie musi przecież!) modlitwa. Takie: "wysłuchaj nas Panie", tylko że na maksa roz-ciąąąąg-nięęęęęte w jednostce czasu.
I tu pojawił się u mnie pierwszy poważny kryzys. 
Zresztą u córki też. Ze mieszaniną zgrozy i desperacji obserwowaliśmy jak ministrant zmienia strony w jakiejś świętej księdze, a ksiądz, przeciągając samogłoski, wprowadzając nieprzyzwoite pauzy, prosił Pana Boga o... wszystko! Praktycznie wszystko. Nawet o wiarę dla niewiernych [sic!], o otwarcie więzień (czemu żywo w myślach i mowie zaprotestowałem) oraz o wiele innych rzeczy.

Kiedy już wydawało się nam, że to się nigdy nie skończy - chór wyrwał nas z letargu. 

To był moment przełomu. Jak to później powiedziała córka - stało obok mnie jej ciało. Ale nie duch. Ten się, skubaniec, gdzieś ulotnił - kompletnie niesubordynowany.
Później skonstatowałem, że był to moment podwójnego kryzysu. Doliczając córkę. Ona w tym czasie rozmyślała o Bruce Wszechmogącym (jak to, cholera napisać? O Brusie?). 
Zresztą podejrzewam, że mógł to być moment kryzysu kompletnie zbiorowego, licznego, a nawet powszechnego. Ale tego się już nigdy nie dowiemy.
W każdym razie, miałem wrażenie, że ciżba jest zaangażowana pozornie, że raczej synchronizowana odliczaniem do końca nabożeństwa (takim uświęconym Finale Countdown), niż zapalczywą potrzebą sprawowania powinności chrześcijańskiej.

Ja też, mniej więcej od wtedy, już odliczałem. Przyznaję się, choć z ciężką duszą. 
Źle tak...
Bo po co tam wchodzić, jak się chce wyjść? I to przed czasem?
No, ale skoro minęło półtorej godziny odkąd weszliśmy - a do końca jeszcze daleko - to w końcu ciało wzięło górę nad duchem. 
To tak, jakby blisko dwie godzinki spędzić w lodówce.
Kościół nie lodówka! Ogrzewanie niby jest. Ale tylko potencjalne. Może kasy szkoda, ale niewłączone, więc jakoś ciepła nie daje. Nie grzeje.
Ani ciała, ani ducha.
Ostatecznie ledwie parę stopni powyżej zera robi swoje.

Później konferansjer (choć zapewne jest jakiś wymyślny termin na tę postać dramatu; ja go nie znam i dlatego pozostanę przy trywialnym konferansjerze) zapowiedział, że teraz, zasłonięte od dwóch tygodni krzyże, zostaną odsłonięte. Że kapłan po trzykroć będzie intonował "oto jest drzewo krzyża..." odsłaniając kolejne fragmenty. 

I tak też się stało!
Mnie dopadła jakaś myślowa głupawka, ni stąd - ni zowąd, kiedy po pierwszej inwokacji, ksiądz odsłonił rękę (Pana Jezusa). Po kolejnej - do pasa. I dopiero za trzecim razem fioletowa plandeczka została zdjęta całkowicie i stuprocentowo.
Raz-dwa-trzy!
Boh trojcu ljubit!
 

Znowu lektor (Lektor!! Jakoś samo się tak napisało! No jasne, że lektor! Bardziej na miejscu...). Znowu zapowiedź. 
Teraz będzie adoracja. 
Ale taka zorganizowana. Nie byle adoracja, tylko konkretna, z podziałem na fazy i w ogóle.

Rzecz miała się tak:

Na środku, przed częścią prezbiterialną ustawili się ministranci (jak się ich ładnie określa: Liturgiczna Służba Ołtarza). Jeden ujął krucyfiks ze świeżo odsłoniętym Ukrzyżowanym. Krucyfiks spory. Taki koło metra. Trzymał go ów służbista uchwytem, mniej więcej, wiolonczelowym. Drugi ministrant obsługiwał chusteczkę (szmatkę?). Trzeci - tacę. Konkretnie koszyk. 
I wówczas wszyscy obecni, jak napędzani, ale i zsynchronizowani jakąś niewidzialną, porządkującą bieg wydarzeń siłą, podchodzili i całowali okolice przebitych stóp Zbawiciela. Zasadniczo - jak się zorientowałem - celem był gwoździk w jezusowych stopach, ale wektorów ruchu było dużo i nie zawsze się trafiało.
Wyglądało to tyle frapująco, co nużąco w swej powtarzalności. Transeptem (to główny ciąg komunikacyjny świątyni) szurała niekończąca się kolejka wiernych. Przy samej figurze przyklęknięcie, względnie pochylenie (kto co może), cmok-buziaczek, powstań! Datek wrzuć! W lewo zwrot. I na miejsce.
Tu cykl się zapętlał. Oczywiście po "cmok", kolega ministrant dokonywał przetarcia stópek chusteczką. Wiadomo - higiena!
Przecierał stópki figury.
Nie adorującego. 

Nie wiem czemu, nie wiem jak, nie wiem z jakiego powodu (czy wydało mi się to obrzydliwe, czy jakieś takie perwersyjnie ekshibicjonistyczne), ale w tym momencie miałem dość. Dość tego obrządku, tych praktyk. Tego bardzo fizycznego wymiaru. 

Owszem - podeszliśmy z córką. Pochyliliśmy głowy, wrzuciliśmy monetki (tacę zmieniali po trzykroć, się przepełniała normalnie...). 
A potem długo, długo, naprawdę długo, płynęła rzeka wiernych. W pewnej chwili miałem wrażenie, że niektórzy "stoją po dwa razy". Niemożliwe przecież! Widać wydawało mi się.

Wreszcie koniec tej części. 
Lud boży poszurał na swoje miejsca, filary znów zostały solidnie podparte nieszczęśnikami, którzy nie załapali się na siedzące miejsca w ławach. Gdzie kto może, gdzie kto przycupnie!
Ale już! Już cichną pokasływania, rozmowy, zapanowuje spokój należny świątyni i oczekiwany w tym miejscu. Co tu tłumaczyć? Ktoś, kto bywa, wie, jak jest między kolejnymi częściami nabożeństwa. Chwila chaosu, rozproszenia ducha, by potem znów wszystko zagrało unisono.
I co dalej?

Dalej komunia!

Panie, nie jestem godzien, ale powiedz tylko słowo...
Trójka księży schodzi po kilku stopniach, by stanąć z komunikantami mniej więcej tam, gdzie przed chwilą zakończyła się adoracja.
Tłum znów faluje, znów formuje się "łeb", znów szuranie, zamęt. Pamiętam, że na licznych mszach, kiedy jeszcze wiernych bywało mrowie, księża udzielali komunii idąc, uformowanym przez oczekujących, szpalerem. Po obu jego stronach. Jeden po jednej stronie. Drugi po drugiej. Dlaczego z tego zrezygnowano? Nie wiem.
Ale to wszystko wydłuża czas. Czas - którego nie spędza się na modlitwie, na wchłanianiu Bożego Słowa. Czas - w pewnym sensie - spędzony w kolejce. Albo tylko obok - jeśliś niegodzien by przystąpić do Pańskiego stołu.
Frustrujące deja-vu!
Przecież dopiero co tłumek, adorując, mieszał się różnobarwnymi wirami w wąskiej gardzieli... Teraz to samo.
Dawno mija druga godzina w zimnym kościele, w skądinąd niewygodnej ławce (ale nie ma co narzekać, są tacy co na stojaka odbywają tę jazdę, nie szczędząc na kulasach...).
Jest po komunii. 

Kolejna zapowiedź.
Będzie przeniesienie Sakramentu do Grobu. 
Kadzidło! Lubię, choć uważam, że gdyby jakiś dobroczyńca-ministrant wziął na siebie dosypanie łyżeczki zielska, "zioła" znaczy - msze byłby bardziej żwawe. A łaska pańska z nim.
Zatem kadzidło w ruch!
Hałas kołatek, świece! Ogień! Dym!
Jest inaczej. Tak bardzo inaczej, niż zwykle w kościele!
Hostia w monstrancji, kondukt, pochylone głowy. Powaga. Wszak to przecież pogrzeb! Po egzekucji.
Któryś za nas cierpiał rany... 

Śpiewa się dużo. I smutno. Trochę chór, trochę wierni. Wierni słabiej. 

Potem jeszcze coś. Błogosławieństwo? Naprawdę byłem już wyłączony. W stopniu, do którego wstyd się przyznać. Znak krzyża! Ten zawsze krzepi. Jak wańkowiczowski cukier. Może nawet bardziej. W każdym razie: ja lubię!
I Znak. I cukier!
Potem proza. Tym zawsze potrafią spieprzyć dramat. Jak mawia młodzież, odpowiedzialna za językową ewolucję - epicko!
Ogłoszenia. Że przecież w sobotę święcenie pokarmów, a potem najważniejsza (wierzę na słowo) msza roku.
Liturgia Ognia i Wody. Oraz odnowienie Chrztu Świętego. 

Córka tylko spojrzała na mnie i nie musiała mówić: beze mnie.

Wyszliśmy po dwóch i pół godzinie.
Przemarznięci. Ścierpnięci.

Z wrażeniem, że COŚ jest nie tak.
Z tym tu. Na ziemi.
Ale na wysokości?

Chwała Bogu!

I tak niech zostanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz