piątek, 27 grudnia 2019

Bili nas

Byliśmy w szkole.
Mojej. Podstawowej.
To znaczy, już nie podstawowej, bo od czasu reformy - gimnazjum.
A właściwie - już nie gimnazjum, bo właśnie nim przestała być. Kolejna reforma zmiotła z horyzontu edukacji ten rodzaj szkół.
Formalnie - prawie filia Wyższej Szkoły Bankowej. Ale jeszcze nie. Wszak wakacje.
Dość.
Byliśmy w mojej dawnej podstawówce. Z rodziną. Zawsze rodzinnie świętujemy zakończenie roku szkolnego.

Super.
Super tak wrócić!
Cofnąć czas. Zilustrować wspomnienia. Rzucić swawolnej pamięci: "sprawdzam!".
Super być z kimś, komu się dużo opowiadało. Na przykład z dzieciakami. (A więc ta wybita szyba - to tutaj?)
Absolut stawania się ciałem, choćby nie wiem jak barwnie, przekazanego słowa. Dla takich chwil warto



Przemierzając korytarze i piętra, zaglądając do sal, ma się dziwne uczucia. To trochę jak powrót do Szuflandii (z "King Sajzu" Machulskiego; kto wie - ten wie).
Każde miejsce wyzwala jakieś wspomnienie. Można się natknąć na oryginalne przedmioty, które, zrządzeniem łaskawego losu, przetrwały ponad trzy dekady bez szwanku. Dokładnie te same, które były niemymi świadkami ówczesnych zdarzeń. Bywały dumnymi dygnitarzami, z wysokości trybuny odbierającymi defilady próżności. A zdarzało się, że i towarzyszami niedoli, kiedy nauczyciel, z całą powagą swojego autorytetu, kaligrafował zasłużoną pałę. Albo uwagę. Zasłużoną. Albo niezasłużoną.

Nie znalazłem tylko - a może jednak lepiej było nie szukać - żadnych narzędzi dyscyplinujących.
Ale też stopień ich nieskomplikowania, albo raczej wielozadaniowość i prostota konstrukcji (no, może z wyjątkiem takiego bacika z rzemyków, hołubionego przez jednego z pedagogów), daje im niemal niewidzialność.
Zresztą czego tu szukać?
Tłukli czym popadło.

Linijką.
Na dupę, lub na łapy.
Z reguły płazem. Więcej hałasu z portek, niż bólu.
Za szczególne przewinienia - kantem.
Tu już czasem pojawiały się sińce.

Skakanka! Ooo - to był ulubiony przyrząd wuefisty.
Lubił oćwiczyć, lubił. Może dlatego został starostą. Edukacją jakoś nie bardzo umiał zarządzać. Powiatem - widać - szło mu lepiej.

Dębowy klocek do podpierania okna. Ooo! Był morderczy!
Lity, twardy i ciężki. Że się nie bali, że uszkodzą dzieciaka...
Kostki w dłoniach, śródręcze pierwszaka kruche. Paliło żywym ogniem! A i kaleką można było łatwo uczynić.

Każdy prał tym, co miał pod ręką.
A jak nic nie miał, to i ręka wystarczyła!
Ileż nadtarganych uszu, ile wyrwanych kłaków. A jakie techniki! Tarmoszenie, kręcenie loczka, albo za te włosy, co na skroni. Tam piekło pierońsko!
Czasem który przesadził. Był taki jeden dyrektor. Potem przestał być. Ale zanim przestał - Tomka z kurtki wytrzepał! Na oczach klasy. Jednym ruchem.
Tyle, że jak się od "dyra" dostało, to jakoś tak swojsko było. Po ojcowsku. Przesadzić potrafił, jak był na bani. Albo na kacu.
Ale wiadomo, że na kacu człowiek jakiś nieswój. Nie ma się co czepiać.

Bywało, że to bicie było spontaniczne, targanie za kudły takie odruchowe.
Rozpędzony smyk, spocony gnojek, na przerwie, ładował z byka w dyżurnego nauczyciela, bo berek to berek. Kto "się gonił", wie - jak potrafi rozmywać się rzeczywistość na krawędziach postrzegania. Jak w tym nieostrym mirażu wychwycić postać belfra?
Ten natychmiast, i na miejscu, wymierzał karę, a delikwent - ze zdecydowanie mniejszą dozą rezonu, a często i włosów, starał się zniknąć z oczu oprawcy.
Ale zdarzało się - a właściwie nie - nie "zdarzało się", raczej dość nagminne było - że, co bardziej aktywny na zakazanym polu łobuz, który na przykład rzucał gąbką, albo i ogryzkiem, przyłapany przez notorycznie spóźniającego się nauczyciela, osądzany był na chłodno, publicznie, na środku klasy, na oczach wszystkich.
To z okresu nauczania początkowego, więc trauma była jak chuj!
Siedmiolatek, świadek egzekucji, czuje przerażenie.
Egzekucji, podczas której jego kolega jest tłuczony po łapach (przykładowy wyrok: po pięć "łap" na lewą i prawą), zwija się na środku, cofa skatowaną dłoń przed czwartym razem. Więc taki siedmiolatek, mimo, że to nie on jest bity, że to nie jego kości są niszczone, chce uciekać! Ma wyrzuty sumienia za myśli: "dobrze że to Hubert, nie ja", albo: "żebym ja tak nigdy nie dostał". Panicznie nie potrafi zrozumieć, ze ta sama Nasza Pani, która dopiero co tak ładnie opowiadała o bezpieczeństwie, zaufaniu, teraz bierze solidny zamach...
A klocek był straszny!
Poświęcę mu więcej czasu, bo towarzyszył nam przez trzy pierwsze lata nauki, wisiał jak miecz Damoklesa, zagrażał jak Buka Muminkom.
Był straszny i już.
No więc klocek.
Niby nic...
Normalnie blokował skrzydło okienne, bo się zamykało. Prostopadłościan z drewna. Tak około trzydzieści centymetrów długi, nieco spłaszczony, w przekroju może z osiem na sześć. Waga? Szacuję... Jakieś ćwierć kilograma. Być może rozwinięcie idei, a może substytut, dębowych piórników, którymi bici byli nasi rodzice.
Niestety, na przełomie lat 70 i 80 uczniowski rynsztunek zdominowały ceraciane, chińskie piórniki. Nijak przypierdolić! Więc nasz pedagog nauczania początkowego zaradził i tłukł dębowym klockiem.
O jakież jej się czarne oczy robiły! Jaka zacięta gęba!
A jeszcze wokalne popisy były! Stek inwektyw, barwnie opisujący kondycję intelektualną obrabianego ucznia. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że określenia: "idiota, debil, kretyn", znajdują się w podręcznikach medycyny, a także biologii.
Prawda, że Nasza Pani biła tych, co zasłużyli. Więc wystarczyło unikać zasług. Prawda, że jak ucznia lubiła, to biła jakoś tak z mniejszym zamachem. Ludzka Pani.
Prawda, że była Nasza Pani głównie oprawcą potencjalnych żuli. Spotykam ich dziś, w centrum, albo pod dworcem. Dorodne okazy, więc może prała za słabo...

I tego chyba wolałbym nie pamiętać.
Ale jak, kiedy z tablo popatrują oczy pedagogów-oprawców?
Owszem. Nie wszystkich. Gdyby tak wziąć dwa markery i na czerwono zaznaczać tych, co bili, a na zielono, tych co nie, to jednak byłoby z przewagą zieleni. I to niech będzie ukłonem w stronę obiektywnej pamięci.
Może nie chciałem tego widzieć? Może to o jeden krok wstecz za wiele?
Może to dlatego, że przewróciła nam w głowach ta cała wolność?
Że ludziska chcą zeżreć pana Rzecznika Praw Dzieci, za kilka słów o klapsach?
Co by to było, gdyby zaczął prawić o drewnianych klockach? Albo rzemyczkach?

I co się tu dziwić? Pewnie pan rzecznik też kiedyś chodził do szkoły.
Może miał równie zaangażowanych pedagogów...


A Wy? Macie jakieś "wspomnienia"?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz