piątek, 27 grudnia 2019

Pisać

Ze zgrozą stwierdzam, że nie umiem.
Nie umiem pisać. Nie umiem już. I już!

Spojrzyj proszę na te dwie linijki. Tak, te powyżej.
To jakieś dziesięć, może piętnaście minut.
A wersji? Także kilkanaście poprzedzało tę, którą widać.
Została ta, bo jakaś być musi.
Nie ma co zaprzeczać, posądzać o kokieterię. To się czuje. To się wie.
Z pisaniem jak z wszystkim.
To albo sprawia radość i samo idzie, albo próżno się wysila
ć.


Mózg chyba. Tu jest problem.
Prawdopodobnie stało się tak dlatego, że ostatnie lata to rabunkowa gospodarka neuronami.
Reszta organizmu je chyba pożera, albo stały się zbyteczne i są wchłaniane. Jakaś autoimmunologia?
Że się nie ćwiczy? W tym pisania? Absolutna racja. To podobno spowalnia i tak nieuchronny proces.
A się nie ćwiczy. Żyje się na autopilocie, więc człowiek traci wyczucie i kiedy póbuje wziąć ster w ręce, staje się niezgrabny, z lekka zniesmaczony autoobserwacją, z której wynika, że to szare, takie nieostre, tam w kącie - to już nie twój cień, ale ty sam człowieku. We własnej osobie.

Generalnie jest smutno.
Smutno, bo jak się "odkrywa", że pisanie pomaga i do pisania się chce wrócić (tak, wrócić, bo przecież pisało się!) - to się okazuje, że to już nie ma smaku, że męczące, zamiast błogie. Że irytuje, nie niosąc ulgi i satysfakcji ze świadomości, że oprócz radości własnej, może i kogoś ucieszy.
Ale też smutno na tyle, by imać się nadziei, że pisanie coś poprawi.
A naprawdę smutno jest wtedy, kiedy stwierdzasz, że mimo, że masz wiele - jak ci się zdaje - z sensem do powiedzenia, wtedy nagle okazuje się, że nikt nie chce słuchać. O, czasem przeradza się ta niechęć  w pewnego rodzaju alergię u ewentualnych odbiorców. Tylko patrzeć wstrząsów i zatrzymań akcji. W tym serca.

To ostatnie odnosi się do mojej przestrzeni, którą mam obecnie w głębokim niepoważaniu (czyli nic nowego), za co jej przynajmniej zarzucić nie można obłudy, gdyż jak chujowa była - tak jest. Nie udając, że malowana, ale też nie brukając jej nad miarę.
A skoro czegoś zmienić się nie da (nawet jak bardzo się starasz), to się musisz przyzwyczaić. Oswoić. Na "polubić" się nie poważę.
I jednym z etapów, czy też sposobów na to, jest coś najprostszego pod słońcem. Pisać!
I tak właśnie postanowiłem. Pisać. Po prostu.
Ale cóż, kiedy się stwierdza, że się nie potrafi? Już nie potrafi. A nawet wątpi, czy kiedykolwiek potrafiło. Co wtedy?

No jak to - co?
Pisać, pisać i jeszcze raz pisać!
No przecież takie to proste! Jak można było na to nie wpaść?
A poza tym - pisać  t r z e b a.
Nawet, gdy się nie umie już. Najbardziej wtedy.
Wtedy właśnie pisać.
Szczególnie, że coraz trudniej (nawet teraz) idzie mi jakie-takie składanie słów w zdania, że nie wspomnę o zgrabnym domykaniu treści w komunikacie pisanym.
Styl? Kanon?
A pies je drapał!
Co po mnie zostanie? Słowa właśnie. Na ruchomości bym nie liczył. Na nieruchomości tym bardziej.
Słowa zatem zostaną. Nie kanony.
Zatem w dupie mam czystość formy. Moja forma jakoś tak z gruntu jest zanieczyszczona, więc po co udawać?
Pisać. Pisać i jeszcze raz pisać.
Nie silić się jak szczypior na wiosnę. Nie natężać, bo ani się człowiek obejrzy, a zesrać się może.
Jeżeli - poza mną, nie dbam o to teraz - ktokolwiek, kiedykolwiek, choćby teraz, niedługo, albo za lat dziesiątki, to czyta, niech wie, że wyjałowiałem strasznie i łatwo mi nie było. Szczególnie na początku. Czyli teraz.
Wyjałowiałem jak gaza w strefie, jakiś się łykowaty semantycznie zrobiłem, a i synapsy wszczynają partyzanckie rebelie na każdym aksonalnym połączeniu. Chwytają przyczółki niepamięci zagubione słowo, a jednak choć było tuż-tuż, tylko po nie sięgnąć - przepada bezpowrotnie, pozostawiając niedosyt, że najcelniejsze, ale zatracone. Czujesz, że je masz, ale poza polem umysłowego widzenia.
Więc pisać!
Żeby choć tyle zostało, żeby choć stanąć w szranki z nieuchronnym. Żeby nie dać degeneracji mózgowia zbyt gładkiej satysfakcji.
Jak się będzie pisać?
A nie wiem jeszcze...
Przede wszystkim, tu. Teraz. O tym, co leży (na sercu), co stoi (kością w gardle), co kładzie się (cieniem), wisi (nad głową) i rzuca, a właściwie wyrzuca (jak sumienie).
Napisałem, że przecież to takie proste. Ale na proste wpaść najtrudniej!
Pisać? Bo najlepiej się pisze, kiedy się czuje, że pisać będzie najlepiej.
Lać myśli, tankować do pełna i nie mieć wbudowanych ogranicznków mocy. Odpalać nuklearne bomby, albo cicho popierdywać, tracić miasta i zdobywać nowe terytoria, krajać trupy, babrać się we flakach, albo łuskać wyrafinowane danka, żreć jak wieprz, albo szczypać pałeczkami. Jeden chuj!
Nie dbać o morale odbiorcy, bo odbiorcy nie ma. W celowniku pusto. Zanudzać śmiertelnie, albo błyskać intelektem, czy co tam się ma jako zamiennik. Względnie zgrabnie zamaskowaną protezę.
Byle nie pęknąć, nie mieć poczucia, że tak chętnie by się z kimś, z kimś ważnym najlepiej, pogadało. Powiedziało mu.
Myśli w słowa. Nie że uczesane, wygładzone i literacko dopieszczone. Choć to ostatnie pewnie będzie się "samo" chciało.
Ale pisać tak, żeby można było ludziom pokazać i liczyć na to, że nie będą uciekać w popłochu, wytykać palcami, albo na twój widok pluć pod buty.
Ludziom. Wstępnym, zstępnym, byłym nauczycielom, choć tych coraz mniej pośród żywych, byłym, a może i przyszłym, dziewczynom, choć niektóre byłe, do dziś nie wiedzą, że były, czyli, że byłe są. Przygodnym amatorom literackiej konsumpcji, być może chętnym na merytoryczną polemikę. Mentalnym żulom, przeciętniakom, mocnym graczom. Nie ma co wybrzydzać.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy przyjąć, że tego typu grafo- oraz megalomańskie zapędy należałoby dusić w zarodku, co chętnie czynią - i pewnie dlatego też im najłatwiej - bliscy. Ale skoro ma być po mojemu, to co mi tam kto będzie dusił... Chcę sobie pografomanić - moja rzecz. Wara tym, których nie wymienię, bo byłoby nietaktownie! I trochę za długo.
Kpiny, nawet tak marnej próby, się nie wyrzekam. To ostatnie oręże. Jeśli epistolarne harakiri - to tylko ostrzem autoironii.
W toku procesu przelewania myśli na papier - taki plan jest, ma się rozumieć - będę się starał jakoś systematyzować zagadnienia. Co wyjdzie? Się okaże. Ale z grubsza przynajmniej w pudełka, w ryzy poukładać bym chciał. Tak, żeby nie było o wszystkim i o niczym naraz. Nawet jeśli - to raz o wszystkim, a raz o niczym.
Przynajmniej nie w jednym zdaniu. Czyli nie jak dotychczas.
Sporo pomysłów już od długiego czasu hibernuje gdzieś, w niedotkniętych erozją zakamarkach pamięci trwałej. A nowych, to wiem, będzie bez liku. Tego mogę być pewien.
Więc pisać.
Do szuflady? Jak nastolatki, które mam tu na podorędziu?
Po nic? Po coś?
Jak?
A mało to rozmaitych sposobów?

Gdzie się chce - tam można własne, prywatne biblioteki tworzyć.

Dlaczego ja o tym wszystkim piszę? Dlaczego do Ciebie?
Odpowiedź jest najprostsza z możliwych?
A do kogo?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz